sobota, 3 października 2020

Na kłopoty: Ela Jurga

Jest człowiekiem wiary. Paradoksalnie, chętnie i biegle posługuje się intelektem. Ma mocny kręgosłup ideowy i moralny. Jest sprawiedliwa. Nie sposób zepchnąć jej z drogi, którą sobie upatrzyła i którą idzie. Nieco jowialna. Zawsze otwarta na drugiego człowieka. Skąd się taka wzięła? Odpowiedzi na to pytanie próbuję szukać w jej biografii.  

Urodziła się w Katowicach. Tu się uczyła. Tu zdobyła świadectwo maturalne. Mówi o sobie: „jestem śląska dziouszka”. Studia ukończyła w Warszawie, w roku 1970. Nie byle jakie studia: Wydział Fizyczny Uniwersytetu Warszawskiego. Wróciła na Śląsk. Działała na rzecz młodzieży związanej ze wspólnotą ekumeniczną w Taizé. Organizowała pobyty młodych w Polsce. Wyjeżdżała do Francji. To chyba wtedy nauczyła się biegle posługiwać językiem francuskim? Zrozumiała też lepiej, na czym polega powszechność Kościoła. Katechizowała, również pod „ruską granicą”, w bardzo trudnych warunkach bytowych. No i nadszedł kolejny zwrot: wyjazd do Warszawy. Trafiła do SOS-u. Uczyła fizyki, potem także religii. I w jednym, i w drugim przypadku była to praca u podstaw. Nie zanudzała teorią. Aktywizowała uczniów. Zawsze gotowa do dyskusji, czy to na temat początku Wszechświata, czy to na temat elektrowni atomowych. Dużo wymagała, ale była też skuteczna. Młodzi sami układali zadania na sprawdziany. Stawiała im dużo dobrych ocen. Jako katechetka postawiła na dialog. Sprawdziło się.

Po jakimś czasie zmieniła pracę. Zatrudniła się w XIX LO im. Powstańców Warszawy. Jak się jednak okazało, nie był to koniec jej przygody z SOS-em. Wróciła tu w roli dyrektora. Stało się to w roku 1994, w sytuacji dla Ośrodka bardzo trudnej. Od dwóch lat spora część kadry zajęta była raczej wewnętrznym konfliktem niż problemami młodzieży. Trzeba było ostudzić emocje i ustalić nowe priorytety. Ela, która już zdążyła zadomowić się u „Powstańców”, zaryzykowała i podjęła się tej misji. Natychmiast, z właściwą sobie werwą, przystąpiła do działania. A czasy szły nowe i trudne. W roku 1995 Kuratorium Oświaty przekształciło Szkolny Ośrodek Socjoterapii w Młodzieżowy Ośrodek Socjoterapii nr 1 „SOS”. Żelazna obręcz przepisów położyła kres twórczym poszukiwaniom. Skończył się pedagogiczny eksperyment. Pojawiły się za to pretensje do nowej dyrekcji, tak jakby ona była temu winna. Sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej, kiedy okazało się, że kuria warszawsko-praska odzyskała prawa do budynku, w którym działał do tej pory SOS. Mimo otwartości strony kościelnej, Kuratorium nie było zainteresowane rozmowami. Dalsze istnienie Ośrodka stanęło pod znakiem zapytania. Trzeba tu dodać, że mieszcząca się przy ulicy Grochowskiej 194/196 kamienica, zwana „albertyńską”, była dla sosersów miejscem kultowym.  


Budynek przy Grochowskiej: Ela Jurga w otoczeniu sosersów.

Ela nie załamała rąk. Nagłaśniała, jak mogła, problemy SOS-u w prasie i w radio. Okazało się zresztą, że wypada w mediach rewelacyjnie. Wizytowała jakieś dziwne lokale, oceniając je pod kątem przydatności dla SOS-u. Naciskała na urzędników. Jednak żadna z warszawskich gmin nie była zainteresowana współpracą. Pewne nadzieje robiły nam Łomianki, ale nie był to punkt dogodny dla dojeżdżających z różnych stron Warszawy uczniów. Pojawiła się inna możliwość. W połowie lat 90. likwidowano w Warszawie działające przy zespołach szkół bursy. I tak uwaga Eli skupiła się na budynku bursy zespołu szkół budowalnych przy ulicy Rzymowskiego.

Dwie pierwsze lokalizacje Ośrodka przyzwyczaiły jego pracowników i podopiecznych do obcowania z architekturą przez duże A. Zarówno willa „Granzówka” przy ulicy Chełmżyńskiej, wybudowana swego czasu według pomysłu Kazimierza Granzowa, jak i kamienica przy ulicy Grochowskiej, zaprojektowana przez samego Stefana Szyllera, były wprawdzie mocno zniszczone, zachowały jednak liczne ślady urody, którą tchnęli w nie projektanci i budowniczowie. Budynek przy Rzymowskiego reprezentował zupełnie inną jakość. Pomyślany jako standardowa budowla, wskutek nieudolnego wykonania stał się smutnym wybrykiem turpizmu. Dodatkowo, w czasie burzliwych przemian z przełomu lat 80. i 90. uległ kompletnej degradacji. Z jego elewacji schodziła całymi płatami paskudna farba, ni to szara, ni to brunatna. Wąskie i ciemne korytarze straszyły ułożonymi nierówno na podłodze płytkami PCV. Część pomieszczeń była kompletnie zdewastowana. W dzisiejszym pokoju nauczycielskim - wykorzystując brak szyb w oknach - zagnieździły się gołębie. Na trzecim, najwyższym, piętrze budynku, funkcjonowała właściwa bursa szkolna. Wieczorami i w nocy dochodziły stamtąd śpiewy i krzyki, przypominające całkiem nie-oświatowe libacje. Podczas weekendów i ferii budynkiem rządziły rosyjskie wycieczki. Na jednym z pięter działała wcześniej prywatna szkoła podstawowa. Aby uniknąć kolizji, nieuniknionych w wąskich korytarzach i niebezpiecznych dla dzieci, nauczyciele wymalowali na posadzce cały ciąg komunikacyjny ze skrzyżowaniami i znakami drogowym, co miało dodatkowy walor edukacyjny. Obowiązywał oczywiście ruch prawostronny. Było to nawet sympatyczne, ale pogłębiało groteskowość całej sytuacji…

Pewnego chłodnego, jesiennego dnia 1996 roku pojawiliśmy się na Rzymowskiego po raz pierwszy. Przypominaliśmy jakichś repatriantów. Kilkoma ciężarówkami dowieźliśmy tu swój dobytek. Składały się nań: kilkadziesiąt zdezelowanych stolików-ławek, nieco więcej krzeseł, kilkanaście starych szaf, niewiele więcej regałów, kilka wersalek (sic!) i wątpliwej jakości sprzęt komputerowy. Znalazły się też meble o nieco wyższej jakości: kilka stylowych foteli i krzeseł, solidny, owalny stół (po kilku latach upomni się o niego właścicielka). Udało się też przewieźć do nowej siedziby potwornie ciężkie dębowe stoły i ławy, stanowiące swego czasu ozdobę szkolnego klubu w budynku przy Grochowskiej. Dodajmy do tego pamiątkowe zielone drzwi z malowidłem Lenina z irokezem na głowie i podrdzewiałą, czerwoną tablicę z nieaktualną już nazwą „Szkolny Ośrodek Socjoterapii”.


Wnętrze budynku przy Rzymowskiego: początki.

Reakcje nowego otoczenia trudno nazwać przyjaznymi. W czasie jednego ze spotkań roboczych dyrektor mieszczącego się na tym samym terenie zespołu szkół zawodowych, poinformował Elę, że został zobowiązany przez swoją radę pedagogiczną do wybudowania ogrodzenia o trzymetrowej wysokości, które oddzieliłoby od siebie obie placówki. Narkomani z SOS-u mogliby przecież zagrozić niewinnej i ściśle przestrzegającej savoir vivre’u młodzieży budowlanej!

To, że udało się nowy budynek oswoić i stopniowo zaadaptować do naszych potrzeb, było wielką zasługą dyrekcji. Wykonała w tej kwestii tytaniczną pracę. 

Budynek przy Rzymowskiego - dziesięć lat po jego przejęciu.

Sytuacja SOS-u stawała się coraz bardziej stabilna… Ela jest niespokojnym duchem. Był rok 1998. Rozwijała się koncepcja oświatowej reformy, a ona chciała mieć w niej swój udział. Otrzymała propozycję objęcia departamentu w Ministerstwie Edukacji Narodowej. Nie wahała się ani chwili. Zostawiła jednak Ośrodek w dobrych rękach Grażyny Makowskiej, która była zresztą jej „odkryciem”. Nie działała w ministerstwie zbyt długo. Nie miała w sobie niezbędnej w tego typu pracy giętkości. Również w tej roli pozostała sobą, co nie zostało dobrze przyjęte. Znów zmieniła pracę. Przez lata pilotowała unijne projekty młodzieżowej wymiany międzynarodowej. Trochę jeszcze uczyła. Tym razem w społecznej Siedemnastce. Zachowała wielką życzliwość dla SOS-u i jego ludzi. I ja jestem tej życzliwości beneficjentem. Ale nie dlatego piszę o Eli Jurdze. Mam nadzieję, że wiecie dlaczego.

Wykorzystane w tym poście fotografie pochodzą z profilów fb Agnieszki Chmielewskiej, Jacka Wajszczaka oraz z innych zasobów Internetu.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz