W czasach szkolnych (środek lat 90.) zdecydowanie szukał guza. Raz po raz docierały do SOS-u mrożące krew w żyłach opowieści: a to o wędrówkach po poręczy wiślanego mostu, a to o rajdach po dachach warszawskich domów. Obawiam się, że były to opowieści prawdziwe. Chyba nadal ceni sobie ekstremalne wyprawy…
Mieliśmy grupę uczniów
całkowicie odpornych na nasze oddziaływania. On należał do wiodących postaci
tej grupy. Owszem, uznawał jakieś autorytety: według mojej pamięci liczył się z
Majką Kardaszewską i Zosią Ochab. Tylko polonistka, Lina Łobocka, była w stanie
zmusić go do nauki. Ale czy był kiedykolwiek ktoś, kto umiał stawić opór
intelektualnemu terrorowi Liny? Co ciekawe, Staszek nie nosił w tamtych czasach
irokeza ani nabijanej ćwiekami kurtki. Nie musiał. I bez tego był wystarczająco
niepokorny. Pozował na chuligana, którym nie był. No może trochę...
Taki do nas
trafił, taki i sobie poszedł… W SOS-ie raczej już się nie pojawiał. Spotykaliśmy
się sporadycznie. Wiedziałem, że studiuje architekturę, wydaje mi się, że w Gliwicach.
Było to lata temu. No a teraz, taka niespodzianka! Na portalu „Weranda country” widzę
tekst o Staszku Polaku. Pisze Magdalena Burkiewicz:
„Zawsze był typem
manualnym. Na studiach potrafił porzucić pracę zaliczeniową, żeby całą noc
zbijać łóżko. Szybko się okazało, że ma rękę do drewna. Łapał pierwsze
zlecenia, aż w końcu stał się profesjonalistą. (…) Stanisław Polak w dawnym rzemiośle
znalazł sposób, by pogodzić w sobie stolarza i architekta. (… ) Z pracą w
biurze architektonicznym rozstał się łatwo, bo za mało było w niej projektowania,
o którym marzył, a za dużo biurokracji.”
Początkowo
pracował przy renowacji starych, drewnianych willi. Nie mógł znaleźć dobrego snycerza.
Postanowił sam zająć się snycerką. Jednak tego co robi, nie określa tym mianem,
bo…
„(…) przecież nie zdobi mebli. Bliżej mu do ciesielki artystycznej. (…) Ażurowe werandy, ganki, okiennice są jak biżuteria dla domu. (...) Nad skomplikowanym wzorem czasem siedzi nawet tydzień. Na kartce papieru kreśli swoje ulubione motywy roślinne. Bo chociaż dawniej wzory w detalach były chaotyczne, u niego każdy element łączy się ze sobą. (…) Gdy wszystko jest już gotowe, powstaje wzornik, który odrysowuje na drewnie. Najlepsze jest to z drzew iglastych - modrzewia, sosny albo świerka. I dobrze, żeby było w nim dużo żywicy, bo to naturalny impregnat.”
„(…) Stosuje też czasochłonną technikę ciesielstwa tradycyjnego. Belki łączy na wpust i kołkuje drewnianymi gwoździami, bo nawet taki element może być dekoracją. I wcale nie trzeba starej willi, by dodać taki detal. – Wystarczy, jeśli dom ma tradycyjną bryłę - tłumaczy. Ażurowe ozdoby, poza tym, że dobrze wyglądają, rzucają wzorzysty cień.”
Jego realizacje można podziwiać m. in. w Radości.
Mieszka i działa
w Brwinowie. Swoją pracownię nazywa „skorupą”. Sam ją zbudował. Jako materiału najchętniej
używa drzewa sosnowego. W Brwinowie i pobliskim Grodzisku Mazowieckim była taka
tradycja. Moda na drewniane detale wyszła z Alp i na przełomie XIX i XX wieku
przeniosła się do wielu krajów europejskich. Staszek nauczył się wycinania na
starych wzornikach niemieckich.
Nie tylko zdobi,
ale również buduje. Podobno proporcje drewnianego budownictwa opanował
składając ptasie karmniki. Potem przyszedł czas na kontenery. A jeszcze później
zaczął przekształcać kontenery w domki letniskowe. Strach pomyśleć, znając jego
zdolności, co wybuduje z drewna za kilka lat?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz