Chciałbym opowiedzieć
Wam o skrinadyktach. Od lat obserwuję ich na ulicach mojego miasta i w środkach
miejskiego transportu. Nie tylko obserwuję: zważywszy, że skrinadykci są niesterowni
i nieprzewidywalni, musiałem opanować cały katalog zwodów i uników, które
chronią mnie przed nimi „na mieście”. W mojej szkole też widzę wielu skrinadyktów.
Kto to jest skrinadykta?
Definicja jest prosta. Skrinadykta trzyma twarz face to face ekranu, utrzymując
z nim silny kontakt wzrokowy i równie silny kontakt emocjonalny. Tworzy z
ekranem jedność, co skutecznie uniemożliwia mu obserwację najbliższego
otoczenia i nawiązywanie kontaktów społecznych. Skrinadykta jest zresztą przeświadczony,
że to świat ekranowy jest realny i bardziej atrakcyjny niż wszystko co dzieje
się poza ekranem. Skrinadykta myśli że żyje, a kontakty na ekranie traktuje
jako realne. Skrinadyktów nie ma „tu i teraz”. Niezależnie od zapewnień w
rodzaju „ja pana słucham” (tak często mówią moi uczniowie), są nieobecni. W
jakim świecie ich szukać?
Idąc spać skrinadykta
pozostawia swój ekran w pobliżu: w nocy mogą przyjść ważne powiadomienia.
Ponadto rano trzeba będzie sprawdzić social media. W ciągu dnia skrinadykta
ogarnia wiele aplikacji: trzeba dowiedzieć się, co się dzieje w mieście, jaka
będzie pogoda, jak stoi waluta i ile tej waluty pozostało na koncie. Skulskrinadykta ma dodatkowe obowiązki: musi zerknąć na plan
lekcji i ogłoszenia dyrekcji. Poza tym są jeszcze przecież gry i seriale. Opisane
tu czynności zajmują skrinadykcie cały dzień. Skulskrinadykta próbuje wykonywać
je również w szkole. W czasie przerw jest to stosunkowo łatwe. W czasie lekcji
wymaga sprytu i swoistej ekwilibrystyki.
Czy zwróciliście
uwagę (słusznie zakładam, że spora część z Was to skrinadykci), że pytaniem na
powitanie nie jest w naszych czasach: „cześć, co słychać?”, tylko: „czy ma ktoś
ładowarkę do Samsunga?”. Jeśli komuś (o zgrozo) rzeczywiście rozładuje się
telefon, czuje się odcięty od wszelkiej wiedzy i istotnych kontaktów, tak jakby
to on był rozładowany, a nie urządzenie.
Kiedy patrzę
na skrinadyktów w metrze czy w mojej szkole, biorąc pod uwagę powtarzalność i
seryjność wykonywanych przez nich czynności czuję się tak jakbym miał do
czynienia z jakąś tajemniczą sektą. No bo pomyślcie: jedni siedzą niemal bez
ruchu i wpatrują się w ekran tak jak w świętą ikonę. Może czekają na sygnał z
jakiejś tajemniczej, umieszczonej w zaświatach centrali, gotowi wykonać każde
jej polecenie? Drudzy przesuwają nieustająco po ekranie palcem, od dołu do góry. Ci wyglądają na znudzonych, co nie znaczy, że gotowi są swój ekran
wygasić albo wyłączyć. Ta nuda najwyraźniej ich żywi. Jeszcze inni (ci mają wypieki
na twarzy) uderzają chaotycznie w ekran, wydając z siebie nieartykułowane
dźwięki. Zupełnie jakby grali na bębnach, wpędzając się w wielogodzinny trans. Skrinadykci
wybuchają co i raz niezrozumiałym dla otoczenia śmiechem.
Dokąd
zaprowadzą nas skrinadykci? Może do jakichś światów równoległych, kto wie. Co będzie
z życiem społecznym, zapytacie? Porzućcie obawy, przecież łączy nas sieć.
Wasz utajony skrinadykta.
Fotografie pochodzą, a jakże, z sieci.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz