niedziela, 31 sierpnia 2025

Dyrektor z kółkiem w uchu i godziny prawdy.

W ostatnich latach wciąż było o nim głośno. Rozstanie z mediami publicznymi (2019-2020); w tle polityka. Zarzuty o naruszanie (w przeszłości) autonomii cielesnej koleżanek z redakcji (2020, 2024); w tle moralność i obyczajowość. Ekscytacja orientacją seksualną jego syna (2018-2024); w tle ludzka ciekawość. Można by dojść do wniosku, że Michał Olszański jest skandalistą. A on jest po prostu wszystkim znaną twarzą z ekranu i głosem z głośnika, który wszyscy znają, a za to płaci się wysoką cenę. Nie odniosę się do wspomnianych przed chwilą wątków. Zajmowała się nimi cała Polska. Chciałbym napisać w tym tekście o drodze zawodowej Michała. Szukał na tej drodze zmian, ale dbał też o konsekwencję.

Pochodzi z Kielc. Smykałkę dziennikarską wyniósł z rodzinnego domu (oboje rodzice wykonywali ten zawód). Postawił jednak na resocjalizację i pracę z młodzieżą. W 1977 roku ukończył Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytetu Warszawskiego. Razem z Katarzyną Miller pracował w klubach mieszkańców na warszawskich osiedlach Piaski i Ursynów. Zaangażował się w działania Solidarności. Potem upomniał się o niego SOS:

- (…) trafiłem do zespołu Jacka Jakubowskiego, znanego psychologa, szefa Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, który troszeczkę w opozycji do Marka Kotańskiego też zajmował się młodzieżą z uzależnieniami. Jakubowski wypracował swój własny styl pracy i miał bardzo duże sukcesy. Dziś ci z tych pierwszych ćpunów kompociarzy, którzy przeżyli, potwierdzają, że SOS był dla nich jedyną możliwą szansą odbicia się. (…) Trafiłem tam w ’82 roku i pracowałem jako wychowawca do ’85. A jak Jacek był już totalnie przemęczony i chciał zrezygnować, udało się mnie wrzucić na dyrektora. Mimo że miałem wcześniej polityczną wpadkę, bo mnie aresztowali w stanie wojennym.

W SOS-ie zapamiętano jego zaangażowanie, charyzmę i poczucie humoru. Zosia Ochab opowiadała, że Misiek (tak go tutaj nazywano) potrafił przyjść na dyżur i zakomunikować obecnym w Ośrodku: „Idziemy lepić bałwana”. No i zbuntowana młodzież podążała za Miśkiem lepić bałwana. Twórca SOS-u, Jacek Jakubowski dostrzegł w nim świetnego lidera. Z nadania Jacka rządził SOS-em przez siedem trudnych lat (1985-1992). Jakim był dyrektorem? Lucyna Bojarska wspominała swoją pierwszą wizytę na Grochowskiej:

- Mój przewodnik podszedł do grupy, która z uwagą przeglądała jakieś fanziny i oglądała bajeranckie koszulki: - Misiek, ktoś do ciebie. No dobra. Ale ten facet z kółkiem w uchu i w spranej koszulce jakiejś angielskiej kapeli na pewno nie wyglądał na dyrektora. Rany! Inny świat. Misiek spojrzał uważnie i odłożył zina: - Słucham?

Dyrektor z długimi włosami, kucykiem i kółkiem w uchu. Nie przypadkiem tytuł jego opracowania o Szkolnym Ośrodku Socjoterapii brzmiał: „Alternatywni dorośli alternatywnej młodzieży” (Warszawa 1988). Był uważny i serdeczny. Potrafił porozmawiać z każdym z pracowników i podopiecznych, zapytać o to, co go gryzie. Pamiętał te rozmowy. Dawał wsparcie. Był też świetnym showmanem. Prowadzone przez niego obrady forum do dziś kojarzą się z nieustającymi salwami śmiechu uczestników. Potrafił mówić rzeczy niepopularne. Nie podlizywał się społeczności. Nie miał z racji pełnionej funkcji żadnych przywilejów. Nie dysponował gabinetem. Krążył  po SOS-ie, ważne sprawy załatwiając „w biegu”. Starał się kontynuować dzieło Jacka. Ten styl pracy wyczerpał dość szybko jego siły. Jak sam opowiadał:  

- (…) po dziesięciu latach mocnej eksploatacji dobitnie poczułem, że muszę to skończyć. (…) Mieszkaliśmy z Magdą (żona Michała Olszańskiego - przyp. JS) na Ochocie, na drugim niż SOS końcu Trasy Łazienkowskiej. Przy Pomniku Lotnika, dodatkowo był to parter. Genialny punkt, każdemu było po drodze, toteż mieszkanie szybko się stało świetlicą. Od rana do wieczora przychodzili dawni bądź aktualni uczniowie. Aż zauważyliśmy, że zasłaniamy wieczorem okno, tak żeby nie widzieli, że Olszański jest i można wpaść na herbatę. Trzeba więc było z tym skończyć.

Przeniósł się do mediów. Był w końcu synem dziennikarzy. Postawił na dziennikarstwo sportowe: 

- „Wskoczyłem” do sportu na początku lat 90. (zakładam, że był to rok 1992 - przyp. JS). Zmieniłem zawód - przeszedłem z oświaty, z pracy z trudną młodzieżą do Radia Kolor, gdzie zaproponowano mi dziennikarstwo sportowe. To był dla mnie dziewiczy teren, ale miałem tradycje rodzinne, bo mój ojciec zajmował się sportem.

W 1995 podjął pracę w radiowej Trójce, dla której również , przez całe lata, prowadził audycje sportowe („Trzecia strona medalu”, „Potrójmy o sporcie”). Podczas mundialu w Niemczech w 2006 roku współpracował też z Polsatem. Nie ograniczył się do relacjonowania sportowych wyczynów. Włączył się w przedsięwzięcie o nazwie Olimpiady Specjalne Polska. Został jego ambasadorem. Do dziś propaguje idee tego ruchu. Działa na rzecz tworzenia pozytywnego wizerunku osób z niepełnosprawnością intelektualną i ich społecznej inkluzji realizowanej poprzez sport: 

- Dla mnie to fenomenalny pomysł. Po pierwsze, pozwala tym osobom wyjść z domu. Przecież w Polsce przez wiele lat było tak, że ich praktycznie się nie widziało. Tymczasem poprzez trening, poprzez sport, poprzez kluby, poznają oni swoje możliwości - tłumaczy.

Szkoli zawodników Olimpiad Specjalnych w zakresie  autoprezentacji oraz wypowiedzi publicznych. Jest ich rzecznikiem. Relacjonuje zawody międzynarodowe i krajowe, w tym Światowe Igrzyska Olimpiad Specjalnych (letnie i zimowe). Prowadzi  eventy organizowane przez Olimpiady Specjalne Polska. W roku 2015 za zaangażowanie dla tego ruchu otrzymał Złoty Krzyż Zasługi. Dostrzega nietypowość i wyjątkowość sportu osób z niepełnosprawnością intelektualną: 

- Jest coś fantastycznego w tej ich rywalizacji. Nie ma zawziętości, która towarzyszy skomercjalizowanemu sportowi, podporządkowanemu mediom, pieniądzom, biznesowi. Jest za to taka spontaniczność. Prawdziwość reakcji. Tam nikt niczego nie udaje. Z Olimpiad Specjalnych wynoszę ogromną świeżość. Jest w nich taki sport, którego już trudno szukać na wyczynowych arenach.

Sport to jednak nie wszystko. Michał jest mistrzem prezentacji telewizyjnego reportażu. Od ćwierć wieku, choć z przerwami, pozostaje twarzą „Magazynu Ekspresu Reporterów”. Ten  reporterski  program emitowany jest w Telewizji Polskiej od 1999 roku. Zapewnił swoim twórcom cztery Telekamery, w tym jedną złotą.  Był i jest nagradzany w różnych konkursach za poruszanie problemów społecznych i humanitarne do nich podejście. Cieszy się nieustającym zainteresowaniem widzów. Michał Olszański prowadził go naprzemiennie z Martą Kielczyk. Od 2018 roku dołączyła do nich Barbara Włodarczyk. W 2020 roku Michał został odsunięty od prowadzenia MER. Wrócił do niego w roku 2024. Redakcja programu współpracuje z najlepszymi reporterami regionalnych ośrodków TVP. Docierają oni wszędzie, gdzie dzieje się coś ważnego. Pokazują zwykłych ludzi, ich sukcesy i porażki, radości i smutki.

Dla porządku zaznaczmy również, że Michał Olszański przez wiele lat prowadził w telewizji publicznej poranny program „Pytanie na śniadanie”, pokazując się w nim m.in. z Maciejem Dowborem, Iwoną Kubicz, Anną Popek oraz Moniką Zamachowską (Richardson).

Warto poświęcić więcej uwagi jego działalności radiowej. W Programie 3 Polskiego Radia nadawano przez dłuższy czas (na ogół w piątek) „Godzinę prawdy”. W latach 2011-2020 odbył w ramach tej audycji przeszło pół setki rozmów. Odwołując się do redakcyjnego opisu: 

- (…) siłą „Godziny prawdy” są nie tylko znakomici rozmówcy i ich ciekawe, często dramatyczne historie, ale również osoba Michała. To Michał, jak mało który dziennikarz, potrafi słuchać, ma w sobie empatię oraz ciekawość, którą nazwałabym ciekawością dziecka. Jego bezpretensjonalny styl bycia i sposób prowadzenia rozmowy, otwierają najbardziej zamkniętych. Michał potrafi dotknąć sedna sprawy, nie dotykając rozmówcy.

 Nic dodać, nic ująć. Bohaterowie wywiadów to niejednokrotnie osoby z pierwszych stron gazet, np. Robert Biedroń, Marek Dyjak, Krystyna Janda, Władysław Kozakiewicz, Monika Kuszyńska, Jerzy Owsiak czy Szewach Weiss. Obok nich wzięli w nich udział ludzie mniej znani, ale nie mniej interesujący, np. (z kręgów sosowych) Jarosław Guła, Piotr Romanowski czy Mirosław Wieteska. Prowadzący program dopatruje się jego sukcesu w umiejętnościach, które nabył w SOS-ie:

- Myślę, że prawie dziesięć lat pracy z tymi młodymi ludźmi, gdzie myśmy nie trzymali dystansu nauczyciel - podopieczny, bardzo mnie ukształtowało i teraz procentuje w innej już przestrzeni. Myśmy tam pracowali na bardzo bliskich emocjach. Mieliśmy raz w tygodniu niesamowite spotkania i ja właśnie wtedy, myślę, nauczyłem się wysłuchiwania tego, co ktoś mówi. Było to niezwykle ważne, ponieważ ci młodzi pogubieńcy zawsze mieli poczucie, że nikt nie chce ich słuchać.”

W roku 2020 musiał odejść z Trójki. W 2021 r. podjął pracę w Radio 357. Stworzył tam audycję „W cztery oczy”, w bardzo podobnej formule. Jest mistrzem rozmowy. Pełen uwagi, taktu i szacunku dla swych rozmówców. Słucha ich opowieści, ale równocześnie konfrontuje ich z rzeczywistością. Prowadzi ich drogą szczerości. Zupełnie jak kiedyś w SOS-ie. I tak wygląda klamra, która łączy dwa ważne okresy życia Michała Olszańskiego w jedną, myślę, że spójną całość.



Fotografie pochodzą z zasobów Internetu.












piątek, 11 lipca 2025

Między oddziałem szpitalnym a torem rolkarskim.

Nie radziła sobie z własnym życiem. Trafiła na Rzymowskiego. Przeżywała ogromne trudności. Brakowało jej wiary w siebie. Parę razy była już „na wylocie” z SOS-u. Jak sama wspomina (dziś z uśmiechem na twarzy), maturę zdała dzięki naszej nieocenionej pielęgniarce Kasi Kordel, która, nie zważając na jej zapewnienia, że „nie da rady”, wepchnęła ją do pomieszczenia, w którym czekała komisja egzaminacyjna…

Zdała, a jakże. I na tym się nie skończyło. „Zrobiła” policealną szkołę higienistek stomatologicznych i przez dziesięć lat pracowała w tym zawodzie. W międzyczasie studiowała kosmetologię. Czegoś jej jednak brakowało. Postanowiła podjąć studia pielęgniarskie w Uczelni Medycznej imienia Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie. Studia te ukończyła z wyróżnieniem. W roku 2023 obroniła pracę licencjacką (temat: „Opieka nad dorosłym pacjentem z chorobą afektywną dwubiegunową w epizodzie manii”). Wczoraj obroniła pracę magisterską. Temat: „Wiedza pielęgniarek na temat właściwej i efektywnej metody komunikacji z pacjentem z zaburzeniami depresyjnymi”. Oba tematy, przyznacie, bardzo sosowe. To tak jakby Ania wróciła do swojego liceum, ale tym razem, żeby podzielić się wiedzą i doświadczeniem. I chodzi o wiedzę niezbędną kadrze, a i uczniom przydatną.

Nie boi się trudnych wyzwań. Jest teraz pielęgniarką psychiatryczną. Pracowała już z osobami z demencją, z żołnierzami z urazem stresu bojowego, z więźniami. Aktualnie: z dziećmi i młodzieżą w stanie kryzysu psychicznego. Wiele jeszcze przed nią. Ma świadomość znaczenia zawodu, który uprawia:

„Wyobraźmy sobie dzień takiej pielęgniarki. Zaczyna się od raportu, od przekazania informacji o nocy, o samopoczuciu pacjentów, o niepokojących sygnałach. Potem jest obchód, podawanie leków, rozmowy - czasem spokojne, terapeutyczne, a czasem pełne napięcia i nieufności. Trzeba umieć wyczuć nastroje, przewidzieć reakcje, interweniować, gdy sytuacja wymyka się spod kontroli. (…) Praca na oddziale psychiatrycznym to nieustanne balansowanie na cienkiej linie. Z jednej strony trzeba zachować profesjonalizm i dystans, z drugiej – okazać zrozumienie i ciepło. Trzeba być stanowczym, ale nie autorytarnym. Trzeba umieć słuchać nie tylko słów, ale i tego, co kryje się za nimi - bólu, samotności, bezradności.” (tę refleksję powtarza akurat za witryną internetową „Na dyżurze”)

Nie ukrywa, że wiele rzeczy ciągle sprawia jej trudność. Na swoim profilu fb dziękuje osobom, które ją wspierają i mobilizują.

Z zapałem jeździ na rolkach. Przejechała wiele kilometrów. Jest to dla niej forma odreagowania stresu i zmęczenia, a zarazem sposób na podtrzymanie  życia towarzyskiego. W ramach Warszawskiego Stowarzyszenia Rolkarskiego „Polskater” bierze udział w tzw. nighskatingach. Są to nocne, wielogodzinne  przejazdy rolkarzy przez chodniki i ścieżki rowerowe, a czasami przez ulice kolejnych miast. Ich celem jest popularyzacja tej sportowo-wyczynowej formy spędzania wolnego czasu. Rzecz w tym, żeby zainteresować nią media i zmienić nastawienie miejskich urzędników. Potrzebne są zmiany w przepisach i rozbudowa odpowiedniej infrastruktury. Patrząc na fotografie z nightskatingów można odnieść wrażenie, że w grę wchodzi również świetna zabawa. No fantastyczna jest ta Ania, naprawdę!

Zapytana o SOS, mówi: „SOS jest bliski mojemu sercu, myślę, że dzięki niemu zmieniło się moje życie.” A ja myślę, że SOS był tylko miejscem, w którym Ania Władzińska jakiś czas była. Swoje życie jednak zmieniła sama.  


Fotografie pochodzą z profilu fb Ani Władzińskiej.








































niedziela, 18 maja 2025

W poszukiwaniu zgodności teorii z praktyką.

Nie ulega wątpliwości, że istotną rolę odgrywa w jej życiu edukacja i wiedza. Ukończyła mokotowskie XXVIII LO im. Jana Kochanowskiego. Jako kierunek studiów wybrała pedagogikę. Pracę magisterską obroniła u Stanisława Rucińskiego. Ruciński, kultowy wykładowca Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego, autor słynnej książki „Wychowanie jako wprowadzenie w życie wartościowe” (1988), ciągnął swoich studentów w kierunku filozofii. Ania również ku niej się zwróciła. Pisała o powołaniu człowieka w oparciu o teksty José Ortegi y Gasseta. Po latach zdecydowała się na studia psychologiczne w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. Aktualnie uczy w SOS-ie podstaw psychologii. Pełni też u nas obowiązki ośrodkowego psychologa. To jej główne zajęcie. Wcześniej (od 1998 roku) była wychowawczynią-socjoterapeutką. Przez kilka lat opiekowała się (wspólnie z Agnieszką Szewczyk, a potem z Marcinem Kostyrą) SOS-owym samorządem uczniowskim.

Kluczowym elementem w jej pracy z młodymi jest dialog. Prowadzi go umiejętnie, z wrażliwością na ich potrzeby. 

Punktem wyjścia i inspiracją jest dla niej wiara chrześcijańska. W młodości działała w dominikańskim duszpasterstwie akademickim. Towarzyszyła osobom z niepełnosprawnością intelektualną w ramach ruchu „Wiara i Światło”. W wieku dojrzałym (ona i jej rodzina) związała się ze Wspólnotami Jerozolimskimi. Celem Wspólnot jest głęboka duchowość przeżywana w sercu wielkiego miasta. Dla Ani ważna jest też praktyka życia. Szuka jedności między wiarą a tym, co się robi. Czuje się częścią Kościoła katolickiego, ale dąży do tego, żeby to był Kościół zwrócony ku problemom tego świata, współczujący i sprawiedliwy.

Ewidentnie szuka w życiu guza. Lubi ruch i zmiany. Przez całe lata wspinała się na skałki i schodziła do jaskiń. Jest zadziorna. Nie umie i nie cierpi stać z boku. Buntowniczka. Feministka. Aktywistka. Jej mąż, Leszek Krzewski, wspominał w 2022 roku o sięgających jeszcze lat 90. decyzjach wspólnego udziału w kolejnych protestach pod ambasadą rosyjską. Aktywność społeczna to jej naturalne środowisko. Tak było w czasach „mokotowskich”, tak jest teraz w Piasecznie. Podejrzewam, że moja wiedza dotyczy znikomego procentu jej działań. Postanowiłem jednak zaryzykować i o nich napisać.

Przed 2019 rokiem zaangażowała się w pomoc osobom w kryzysie bezdomności. Zaczęło się od zbierania skarpet dla mężczyzn żyjących w jednej z warszawskich noclegowni. Rok 2019 to strajk nauczycieli. 2020 - ogólnopolski strajk kobiet. Wszędzie było jej wtedy pełno. Mocno się też zradykalizowała. W 2021 włączyła się (można powiedzieć, że na „pełen etat”) w organizowanie pomocy dla koczujących i przerzucanych z jednej na drugą stronę polsko-białoruskiej granicy uchodźców. Jej specjalnością stała się „zupa na granicę”. 

Wykazała się dużym talentem organizacyjnym, tak w ramach piaseczyńskiej społeczności lokalnej, jak i w SOS-ie. Myślała również o sposobach rozwiązania ówczesnego kryzysu. Wspólnie m. in. z Martą Titaniec i Violą Zając opublikowały w czasopiśmie „Więź” apel do polskich władz. Czytamy w nim:


„Apelujemy do władz polskich o podjęcie działań zapewniających doraźną pomoc medyczną i socjalną wszystkim migrantom i uchodźcom na naszych granicach oraz o umożliwienie udzielenia im legalnej pomocy przez organizacje pozarządowe.

Jednym ze sposobów pomocy uchodźcom stosowanej w wielu krajach Europy m.in. we Włoszech, Francji, Belgii są korytarze humanitarne, bezpieczne dla obu stron: państwa i uchodźców. 

Apelujemy o organizację korytarzy humanitarnych dla osób, których życie jest zagrożone w ich własnym kraju, ofiar prześladowań, tortur i przemocy, rodzin z dziećmi, osób starszych chorych i niepełnosprawnych.”


Doświadczenia i kontakty zdobyte w 2021 roku, wykorzystała kiedy trzeba było pomóc ludziom uciekającym z Ukrainy przed rosyjską inwazją. Również wtedy była na posterunku.

Co u Ani znamienne, nie przerzuca się jak wielu innych, z jednej aktywności w kolejną. Stara się zadbać o to, aby podjęte wątki znalazły swoją kontynuację.

W uzupełnieniu dodam, że w ostatnich latach angażuje się w działania Kongresu Katoliczek i Katolików oraz Strajku Kobiet w Kościele. Bierze udział w całej masie spotkań i dyskusji. Domaga się sprawiedliwości dla osób skrzywdzonych przez duchownych.

Swego czasu pisała w tekście zmieszczonym na stronie Pracowni Psychologicznej „Inspiracje” o inicjacyjnej roli bajek:


„Bajki (..,), choć skierowane do dzieci, mówią o doświadczeniu, które je czeka dopiero za kilkanaście lat - o wejściu w dorosłość (…). Pokazują, że nie jest to dojrzewanie stopniowe, lecz nagłe i radykalne. Wszystkie zgodnie potwierdzają, że nie dzieje się to samoistnie, lecz wymaga aktywności i działania, a często zmierzenia się ze złymi siłami jak macocha, królowa, wilk, co bywa okupione bólem, cierpieniem i zagrożeniem życia.”


Mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że Ania Krzewska czytane sobie w dzieciństwie bajki wykorzystuje w swoim życiu zgodnie z ich przesłaniem.


Wykorzystane tu fotografie pochodzą z profilów fb Anny Krzewskiej, Lesława Krzewskiego i MOS nr 1 SOS.