wtorek, 7 lipca 2026

Maharat Miriam

Urodziła się w rodzinie polsko-żydowskiej. Jedną z wartości, które wyniosła z rodzinnego domu, był polski patriotyzm. Ochrzczono ją, raczej na wszelki wypadek. Odnalazła się jednak w innej tradycji. Od wczesnej młodości żarliwie zaangażowała się w praktykowanie judaizmu. Doszła do wniosku, że ta religia pozwala jej poszukiwać odpowiedzi na wewnętrzne pytania. Jawna manifestacja identyfikacji z judaizmem przysporzyła jej w szkole przełomu lat 80. i 90. XX wieku wielu problemów. Dlatego liceum „robiła” w SOS-ie, który w tamtych czasach dawał schronienie religijnym „dewiantom”. Według Wikipedii ukończyła szkołę i zdała maturę w roku 1994, w „Księdze uczniów LXI LO” pojawia się data 1995.

 Nic nie robiła na pół gwizdka. Czynnie włączyła się w odbudowę społeczności żydowskiej w Polsce. Współtworzyła periodyk „Jidełe” (ukazywał się w latach 1992-2000). Współpracowała z czasopismem „Midrasz” (istniało w latach 1997-2019). Publikowała  w „Gazecie Wyborczej, „Więzi” i „Przeglądzie Powszechnym”. Została redaktorką prowadzonej w języku hebrajskim sekcji Kol Polin Polskiego Radia dla Zagranicy. Udzielała się na portalu Jewish.org.pl. Koordynowała programy edukacyjne Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich. Występowała w roli ekspertki w dziedzinie prawa i religii żydowskiej, tak w programach telewizyjnych, jak i na łamach gazet. 

Działała w Gminie Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie, Radzie Religijnej Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP, B'nai B'rith Polska, Stowarzyszeniu Kobiet Żydowskich, Stowarzyszeniu Żydowski Instytut Historyczny, Polskiej Radzie Chrześcijan i Żydów, pełniąc często funkcje kierownicze bądź pomocnicze. Brała udział w inicjatywach dialogu międzyreligijnego. Zaangażowała się w budowę struktur reformowanej społeczności Ec Chaim.

Aktywność publicystyczna i organizacyjna nie była jednak podstawową treścią jej życia. Starała się sięgać głębiej, studiując Torę i myśl religijną. Zrealizowała program pięcioletnich studiów talmudycznych w Izraelu. Studiowała z powodzeniem w Yeshivat Maharat, szkole religijnej dla kobiet, stworzonej w Nowym Jorku przez Aviego Weissa i Sarę Hurwitz. Po czterech latach, w 2015 roku, ukończyła nowojorską jesziwę, uzyskując smichę (upoważnienie do pełnienia funkcji rabina) i tytuł maharat (słowo to oznacza kobietę, która jest „autorytetem w sprawach żydowskiego prawa duchowego oraz Tory”). Miriam Gonczarska otrzymała ten (będący ciągle rzadkością) tytuł  jako pierwsza kobieta z Europy.

 Wybitna nauczycielka Tory, myślicielka, filozofka”: to określenia pojawiające się w sieci. Rzeczywiście, jednym z żywiołów Miriam była pogłębiona refleksja.


„(…) modlitwa to droga osobistego rozwoju. Wyruszam w tę drogę, zaopatrzona we własny język, doświadczenia pochodzące z tej rzeczywistości, w jakiej przyszło mi się urodzić i żyć, by po chwili posługiwać się zdaniami z Tory. Moja świadomość staje się miejscem spotkania transcendencji z człowiekiem. Za chwilę jednak wychodzę z mojego indywidualnego doświadczenia i przemieszczam się ku rzeczywistości społecznej. Przechodzę od ofiary i zbliżenia się do Boga ku przemianie mojego stosunku do otaczającego mnie świata. Podobnie do aniołów wznoszących się po Jakubowej drabinie - wchodzę ku niebu, by znów powrócić na ziemię. Podróżuję do świata duchowego i wzbogacona w nowe doświadczenia powracam do „olam ha maasim” - świata aktywności i działania.”

- pisała w roku 2018 w „Więzi”.

 Szereg lat spędziła w Nowym Jorku. Z wywiadu udzielonego w 2016 roku Honoracie Zapaśnik wynika, że przynajmniej część swojego czasu poświęciła ratowaniu zagubionych żydowskich nastolatek:


„(…) jestem zatrudniona jako osoba duchowna w szkole dla dziewcząt z problemami. Od pewnego czasu różne środowiska, w tym chasydzkie, zmagają się z problemami emocjonalnymi, w tym samobójstwami wśród nastolatków. Niektórzy z nich chcą odejść od religii, bo nie umieją się odnaleźć w świeckim świecie. Oczywiście jest to trudne dla ich rodziców, którzy nie wiedzą, jak się zachować w tej sytuacji.”


W 2024 roku wyszła za mąż. Zachorowała. Zmarła 12 maja 2026 roku. Pochowano ją w Izraelu.


„Całe życie miała pod górkę, a ja podziwiałem w niej upór, pogodę ducha, mądrość i niezwykłą inteligencję. (…) Podziwiałem ją też za gigantyczną pracę, jaką wykonała, aby ułożyć sobie życie po swojemu.”

- podsumowuje Jan Gebert.

Miriam Gonczarska-Szapiro. Maharat Miriam. Dla nas w SOS-ie: Marysia.


Fotografie pochodzą z zasobów Internetu.


































czwartek, 25 czerwca 2026

Dwie dekady, tęsknota i pamięć.

Przepracowała w SOS-ie dwie dekady. Nigdy nie pchała się na pierwszy plan. Nie szukała atencji. Po cichu i cierpliwie robiła swoją robotę. Uczyła angielskiego. Ma swój ogromny udział w wyśrubowaniu na wysoki poziom nauczania języków obcych w LXI LO. Częściej zdarzało jej się pracować z grupami mniej zaawansowanymi. I to jest właśnie prawdziwa sztuka - pomóc w podniesieniu kompetencji tym, którym uczenie się niekoniecznie idzie „jak z płatka”. Umiała to robić.

 Przepracowała w SOS-ie dwie dekady. Ma ogromny temperament. Nie wierzycie? Popatrzcie na zdjęcia i filmy ze studniówek! Ma ogromny temperament, ale ma w sobie również coś tonizującego. Działa stabilizująco. Nie sposób przypomnieć sobie awantury z jej udziałem. Nie sposób przypomnieć sobie, żeby uczniowie się na nią skarżyli, choć było wiadomo, że ciśnie.

Przepracowała w SOS-ie dwie dekady. Również jako wychowawczyni. Cierpliwie słuchała młodych, rozmawiała, tłumaczyła. Wszyscy wiedzieli, że zna życie i można z nią pogadać na każdy temat. Osiągnęła mistrzostwo w dyscyplinie „praca w parach”. Współtworzyła niezapomniane duety wychowawcze z Teresą Gnoińską, Marianką Zawadzką, Antkiem Strzemiecznym, a w ostatnim czasie z Gosią Sieradzką. Stała się mentorką kolejnego pokolenia anglistów.

Przepracowała w SOS-ie dwie dekady. Ma zmysł estetyczny. Lubi aranżować przestrzenie, lubi zajmować się roślinami. Sale lekcyjne, w których działała (sala 103 przy Rzymowskiego, sala 220 przy Różanej) miały swój charakter. Stopniowo robiły się „przyjemne dla oka” i przytulne. Było w nich jak w domu.

Przepracowała w SOS-ie dwie dekady. Przez wiele lat trudziła się nad planem lekcji. Pogodzić wymóg sensownego funkcjonowania szkoły z oczekiwaniami nauczycieli, to było naprawdę karkołomne zadanie. Wywiązywała się z niego znakomicie. Wsłuchiwała się w artykułowane potrzeby, cierpliwie znosiła krytykę.

Wylansowała w SOS-ie (wspólnie z Kasią Grabowską) kulturę kawy. Zbierała fundusze. Zaopatrywała szanowne grono w wyśmienite kawy, ale również herbaty i mieszanki ziołowe. Dbała o to, żeby pomieszczenia kuchenne przypominały kuchnię, a nie chlew.

Przepracowała w SOS-ie dwie dekady. Sporo w ciągu tych lat jeździła po świecie. Dużo  zobaczyła, masę przeżyła. Przeczytała wiele książek (bywało, że irańskich), obejrzała wiele filmów (zdarzało się, że koreańskich). Doświadczenia podróży, lektur i widzianych obrazów filmowych przekładały się na formę i treść jej lekcji. Dzięki niej wielki świat częściej gościł w SOS-ie.

Przepracowała w SOS-ie dwie dekady. W życiu człowieka to dużo. W życiu placówki oświatowej i opiekuńczej niekoniecznie. Wierzymy, że stworzy w kolejnych miejscach fajną jakość. I to będą te następne dekady. W SOS-ie zostanie tęsknota i pamięć.


Fotografie pochodzą z profilu fb MOS nr 1 SOS i z prfilu fb Patrycji Strippentow.































 

czwartek, 21 maja 2026

Szczury czy krasnale?

Nie jest to łatwe miasto. Ma za sobą przeszło tysiąc lat skomplikowanej historii. Przechodziło z rąk do rąk. Bywało siedzibą. Zdarzało mu się być stolicą. Aspirowało do roli królewskiej i cesarskiej metropolii. Dublowało inne miasta. Niszczono je i odbudowywano. Historia pozostawiła tu po sobie istny palimpsest. Wskutek tego niektóre fragmenty Wrocławia są ciężkostrawne, tak jak ciężkostrawne jest otoczenie Starówki czy tereny nad Odrą.

W tej opowieści nie odniesiemy się jednak do historii czy architektury Wrocławia. To nie one są problemem. Problemem jest władza. Żyjemy w epoce demokracji. I Wrocław również ma demokratyczną władzę. Wrocławiem rządzą szczury. Mają naprawdę silną reprezentację. Tutejsza populacja szczurów liczy ponad milion osobników, co daje od jednego do trzech gryzoni na jednego mieszkańca. Niektóre podwórza i ulice już do nich należą. Ich królestwem są śmietniki. Sporo ich widać nad Odrą. Szczur to zwierzę inteligentne i odporne. Przeczeka człowieka. Przejmie kontrolę nad miastem. To tylko kwestia czasu.

Szczury są bezkarne. Ale ich obecność jest bezdyskusyjna. Nie ukrywają się. Tymczasem we Wrocławiu działa również zakonspirowana oligarchia. Chodzi o odpowiednio przeszkolone, elitarne komando krasnali. Podobno jest ich tysiąc trzysta. Każdy z nich specjalizuje się w innej dziedzinie. Świadczą o tym imiona: Bankuś, Chlapibrzuch, Lunatyk, Moczypięta czy Pracz Odrzański. Krasnale opanowały już ścisłe centrum miasta. Z pozoru nieobecne, skutecznie monitorują rytm miejskiego życia. Są gotowe do błyskawicznego przewrotu. To tylko kwestia czasu.

To kto rządzi Wrocławiem: szczury czy krasnale? A może zawarły one miedzy sobą tajemną koalicję? Przejęci tą kwestią, postanowiliśmy zapoznać się z nią osobiście. Zorganizowaliśmy wyprawę badawczą do Wrocławia. Pracowaliśmy w terenie, w trudnych warunkach, w pocie czoła. Na ile przybliżyliśmy się do rozwiązania tego problemu oceńcie sami:

Czyli jednak szczury? A może krasnale? HGW.

































niedziela, 19 kwietnia 2026

Równoległe światy skrinadyktów.

Chciałbym opowiedzieć Wam o skrinadyktach. Od lat obserwuję ich na ulicach mojego miasta i w środkach miejskiego transportu. Nie tylko obserwuję: zważywszy, że skrinadykci są niesterowni i nieprzewidywalni, musiałem opanować cały katalog zwodów i uników, które chronią mnie przed nimi „na mieście”. W mojej szkole też widzę wielu skrinadyktów.

Kto to jest skrinadykta? Definicja jest prosta. Skrinadykta trzyma twarz face to face ekranu, utrzymując z nim silny kontakt wzrokowy i równie silny kontakt emocjonalny. Tworzy z ekranem jedność, co skutecznie uniemożliwia mu obserwację najbliższego otoczenia i nawiązywanie kontaktów społecznych. Skrinadykta jest zresztą przeświadczony, że to świat ekranowy jest realny i bardziej atrakcyjny niż wszystko co dzieje się poza ekranem. Skrinadyktów nie ma „tu i teraz”. Niezależnie od zapewnień w rodzaju „ja pana słucham” (tak często mówią moi uczniowie), są nieobecni. W jakim świecie ich szukać?

Idąc spać skrinadykta pozostawia swój ekran w pobliżu: w nocy mogą przyjść ważne powiadomienia. Ponadto rano trzeba będzie sprawdzić social media. W ciągu dnia skrinadykta ogarnia wiele aplikacji: trzeba dowiedzieć się, co się dzieje w mieście, jaka będzie pogoda, jak stoi waluta i ile tej waluty pozostało na koncie. Skulskrinadykta  ma dodatkowe obowiązki: musi zerknąć na plan lekcji i ogłoszenia dyrekcji. Poza tym są jeszcze przecież gry i seriale. Opisane tu czynności zajmują skrinadykcie cały dzień. Skulskrinadykta próbuje wykonywać je również w szkole. W czasie przerw jest to stosunkowo łatwe. W czasie lekcji wymaga sprytu i swoistej ekwilibrystyki.

Czy zwróciliście uwagę (słusznie zakładam, że spora część z Was to skrinadykci), że pytaniem na powitanie nie jest w naszych czasach: „cześć, co słychać?”, tylko: „czy ma ktoś ładowarkę do Samsunga?”. Jeśli komuś (o zgrozo) rzeczywiście rozładuje się telefon, czuje się odcięty od wszelkiej wiedzy i istotnych kontaktów, tak jakby to on był rozładowany, a nie urządzenie.

Kiedy patrzę na skrinadyktów w metrze czy w mojej szkole, biorąc pod uwagę powtarzalność i seryjność wykonywanych przez nich czynności czuję się tak jakbym miał do czynienia z jakąś tajemniczą sektą. No bo pomyślcie: jedni siedzą niemal bez ruchu i wpatrują się w ekran tak jak w świętą ikonę. Może czekają na sygnał z jakiejś tajemniczej, umieszczonej w zaświatach centrali, gotowi wykonać każde jej polecenie? Drudzy przesuwają nieustająco po ekranie palcem, od dołu do góry. Ci wyglądają na znudzonych, co nie znaczy, że gotowi są swój ekran wygasić albo wyłączyć. Ta nuda najwyraźniej ich żywi. Jeszcze inni (ci mają wypieki na twarzy) uderzają chaotycznie w ekran, wydając z siebie nieartykułowane dźwięki. Zupełnie jakby grali na bębnach, wpędzając się w wielogodzinny trans. Skrinadykci wybuchają co i raz niezrozumiałym dla otoczenia śmiechem.

Dokąd zaprowadzą nas skrinadykci? Może do jakichś światów równoległych, kto wie. Co będzie z życiem społecznym, zapytacie? Porzućcie obawy, przecież łączy nas sieć.

Wasz utajony skrinadykta.


Fotografie pochodzą, a jakże, z sieci.














czwartek, 5 marca 2026

Z miłości do chiroptera.

Przyszła na świat w Tomaszowie Lubelskim. W młodości chyba rozrabiała. Ksywka „Trawka” powstała (tak myślę) zanim trafiła do SOS-u. A do SOS-u trafiła mając dwadzieścia lat. Na Grochowskiej to była raczej typowa sytuacja. Spędziła w Ośrodku dwa lata, po kolejnych dwóch wróciła, żeby skończyć szkołę i zrobić maturę. Nie, nie była grzeczną dziewczynką. Była za to spontaniczna i empatyczna.

Co z niej wyrosło? Oficjalny życiorys stwierdza:


„Doktor inżynier Katarzyna Thor: chiropterolog, zajmuje się badaniami nietoperzy w wielu obszarach. Należy do Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Nietoperzy, z ramienia którego poza badaniami naukowymi zajmuje się leczeniem i rehabilitacją nietoperzy wymagających pomocy. Lubi podróże i związaną z nimi biologię tropikalną.”


Inna, trochę mniej sztywna wersja:


„Chiropterolożka (badawczyni biologii, ekologii, anatomii i behawioru tych niesamowitych ssaków), doktorantka (to już nieaktualne, w 2024 roku obroniła pracę doktorską - przyp. LSZŚ).”


Jak do tego wszystkiego doszła? Wiem tyle, że w pewnym momencie swojego życia związała się ze Szkołą Główną Gospodarstwa Wiejskiego. W SGGW spędziła najpierw pięć i pół roku, kończąc studia I i II stopnia. Poczuła, że to jej miejsce. I że studiów ciągle jej mało. Wybór Szkoły Doktorskiej (również na SGGW) wydawał się w tej sytuacji oczywisty. Temat badań: „Czynniki wpływające na zasiedlenie budek chiropterologicznych przez nietoperze w pierwszych latach od ich powieszenia w lasach centralnej Polski”. Bardzo praktyczny, prawda? Prace nad doktoratem nie oznaczały jednak życiowej stabilizacji:

„W moim doktoranckim życiu nie ma typowych dni. Czasem się uczę, czasem prowadzę zajęcia dla studentów. W zimie liczę nietoperze w podziemnych zimowiskach w różnych miejscach w Polsce. Od wiosny do jesieni spędzam dużo czasu w lesie, gdzie sprawdzam zasiedlanie budek dla nietoperzy, nagrywam głosy nietoperzy, łapię je w sieci w celu sprawdzenia składu gatunkowego na danym terenie, statusu rozrodczego. Mierzymy i ważymy zwierzęta, czasem pobieramy wymazy do badań wirusologicznych, a potem je wypuszczamy. W wolnych chwilach analizujemy nagrania i robimy badania parazytologiczne. Zajmuję się też leczeniem i rehabilitacją nietoperzy potrzebujących pomocy.”

Bo nietoperze to trudna miłość, wymagająca poniesienia wielu trudów i wyrzeczeń. Bo nietoperze to prawdziwe wyzwanie. Ona podjęła to wyzwanie już przed laty. Dokumentują to fotografie:

Pasjonatka. Optymistka. Wariatka (ale przecież tylko wariaci są coś warci). Opowiada o nietoperzach dniem i nocą. Na lądzie i na wodzie. Nie wierzycie? To czytajcie:


„Nocni łowcy - spacer z latarkami w poszukiwaniu nietoperzy”. 2 lipca 2025 r., godz. 21.00-22.30, Pałac na Wyspie (start), łazienkowskie ogrody, wstęp: 30 zł/osoba. Poznamy zwyczaje nietoperzy zamieszkujących Polskę oraz tych, które występują w odległych krajach. Dowiemy się, jak egzystują te zwierzęta, co jedzą, dlaczego są tak ważne dla życia na Ziemi, co im zagraża i jak należy je chronić. Na spacer udamy się z detektorem ultradźwięków, dzięki któremu posłuchamy echolokacji nietoperzy. Spróbujemy też zaobserwować, w jaki sposób te niezwykłe ssaki polują na owady. Uczestników prosimy o przyniesienie swoich latarek. Prowadzenie: Katarzyna Thor.”

Internet roi się od takich ogłoszeń i informacji. A ona dwoi się i troi. Ma w tej aktywności swój cel. Wynika on z jej poglądów na naukę i jej popularyzację:  


„Popularyzacja jest bardzo ważna. Żyjemy w czasach, w których nauka często przegrywa z populizmem i pseudonaukowymi teoriami. To bardzo groźne, zwłaszcza jeżeli chodzi o tematy związane ze zmianami klimatu i  ochroną środowiska.”

Marzyła kiedyś o podróżach. No i przyszły podróże. Bywała w Azji, bywała też w Ameryce. W lipcu i sierpniu 2025 roku wzięła udział w wyprawie naukowo-badawczej do Australii i Papui-Nowej Gwinei. Ważną jej częścią stała się wędrówka przez wyspę Bougainville w archipelagu Wysp Salomona. Wydaje się, że była to prawdziwa Grand Tour:

„Jeden dzień poświęciliśmy na znalezienie kolonii Pteropus rayneri. Udało się. Droga była ekstremalnie trudna. Część osób czekała na nas w połowie drogi (to była mądra decyzja), reszta ruszyła dalej. Przedzieraliśmy się przez bagna. Drogę karczowali miejscowi mężczyźni. Czasem zapadaliśmy się w bagnie po pas, ale daliśmy radę i wszyscy bezpiecznie wróciliśmy do wioski.”

Bo marzenia się spełniają. Tylko trzeba nad tym pracować. Tak jak Kasia Thor (w sosowych czasach Kasia Czyrw).



Fotografie pochodzą z różnych zasobów Intenetu, w tym z profilu fb Katarzyny Thor.