niedziela, 1 listopada 2020

Zwrot czeski w literaturze polskiej

Albo urodził się w roku 1975, albo ja nie potrafię liczyć. Wcześnie trafił w szeregi antykomunistycznej opozycji. W latach 80. mama zabierała go na pierwszomajowe zabawy z ZOMO na Krakowskim Przedmieściu. Do dziś pamięta moc okrzyku „Solidarność!”, pamięta też huk pałek, którymi zomowcy tłukli o tarcze.

Chował się razem z praską ferajną. Grali w piłkę, strzelali z procy, łazili po budowach, jeździli na dachach wind. Widywano ich na Różycu.

Na przełomie lat 80. i 90. wrócił do gier ulicznych. Tym razem miały one punkową oprawę i anarchistyczną treść. Jak wielu ludzi z tego środowiska, trafił do SOS-u. Niepokorny. Maturę zdawał z geografii. Ten wybór uchodził w SOS-ie za wybór najwyższego ryzyka. Wiadomo, Majka (Maria Kardaszewska) to piła!

 Ukończył szkołę w 1996. W tamtych czasach sosersi podążali na ogół w trzech kierunkach. Pierwsza opcja: skok w niepewność życia artystycznego, druga: studia resocjalizacyjne, trzecia: własny biznes uzupełniany studiami. On poszedł tą trzecią drogą. Wszystko wskazywało na to, że będzie się stabilizował. Podobnie jak wielu dawnych punkowców, coraz mocniej akcentował liberalne poglądy. Skłonność do radykalizmu przetrwała w zainteresowaniach sportowych (football, sporty walki, w tym MMA). Spokojnie mógłby praktykować typowy życiorys: praca, puszka piwa, mecz w TV.

A tu nie, niespodzianka! Piotr Jagodziński (w latach 90. zwany Jagą albo, rzadziej, Jagodą) pisze. Wszyscy piszą, powiecie. No piszą, piszą. Ale Piotr pisze inaczej niż wszyscy. Tak zgrabnie, jakby nic innego przez całe życie nie robił. Operuje porządnym potencjałem narracyjnym. Trzyma się realiów. Dorzuca do tego ciekawe skojarzenia i sporą dawkę autoironii. Robi to tak, jak robią to Czesi. Teksty wrzuca na swój profil fb. Ma pozytywny odzew. Znajomi zachęcają go, żeby pisał więcej. Pani od geografii z sos-owych czasów wyniosła go ponad Ziemowita Szczerka. Ale tego jeszcze Piotrowi mało. Zaczął kręcić filmy. Zimą pojawił się w sieci jego obraz „Zimowe wejście na K2”! Podejrzewam go o przygotowania do nakręcenia serialu o wyprawach na grzyby. Są pewne przesłanki…

Strach pomyśleć, co jeszcze strzeli mu do głowy. Póki co, czytajmy:

 

„Dzisiaj to miałem prawdziwie ekstremalne przeżycia. Klasa mojego syna właśnie rozpoczęła basen, a my z Agą poszliśmy na pierwszy ogień jako ci do pomocy, wiecie, do przebierania, suszenia itd. Swoją drogą, genialni z nas stratedzy, żeby się wpisać na pierwszy dzień, ale co tam, ktoś musiał. Oczywiście ja do chłopców, a ona do dziewczynek. Tylko że okazało się, że chłopców jest 16, a dziewczynek 8. Wiadomo, kiedyś będzie wojna, ale w tym momencie to mało mnie obchodziło, bo ja wiem jak to wygląda na basenie, kiedy ja pojadę sam z Czarkiem. Ogarnięcie tego, żeby nic się nie wydarzyło, typu zostawienie czegoś na basenie, graniczy z cudem. Między zdjęciem jednej skarpetki a drugiej Czarek lubi na przykład opowiedzieć mi jakąś ciekawą historię. Dlaczego nie, skoro właśnie teraz się przypomniała? Nasz rekord: jesteśmy przebrani, ja muszę się wrócić po jego czepek do szafki, zostawiam go pod prysznicem, wracam i dopiero teraz widzę, że stoi pod prysznicem cały mokry, ale coś dziwnego ma na nogach oprócz klapek, a tym dziwnym czymś są jego skarpetki, których zapomniał zdjąć. Innym razem z Agą wyszli i dopiero na suszarkach zorientowali się, że założył spodnie na mokre kąpielówki, których zapomniał zmienić na majtki. Więc wizja, że będę miał szesnastu Czarków do ogarnięcia na raz delikatnie mnie stresowała. W dodatku w autokarze okazało się, że jadą dwie klasy jednocześnie i będą połączone, więc chłopaków będzie jeszcze więcej, ale jest też jeszcze jeden tatuś. Idziemy z Marcinem, tatusiem z drugiej klasy, na współpracę. Razem jest 24 chłopaków, ja wnoszę 16, on tylko 8, ale z klasy integracyjnej. Dostajemy 12 pasków, czyli mają się zmieścić po dwóch w jednej szafce. Do tej pory mieliśmy do pomocy 2 panie ze świetlicy, ale kiedy przekraczamy próg męskiej szatni, zostajemy sami we dwóch z 24 rozwrzeszczanymi 9-latkami. I się zaczyna. Wszyscy, ale to wszyscy bez wyjątku coś do nas mówią jednocześnie. A w zasadzie krzyczą. Która to moja szafka? Gdzie mam się przebrać? Czy wziąć ręcznik? Czy będą zjeżdżalnie? Każemy im połączyć się w pary. Potem rozdajemy paski na parę, ale jak paski zaczynają krążyć po podłodze i w innych dziwnych miejscach, to rozumiemy błąd i zaczynamy je z powrotem zabierać. Niektórym odpinamy je z rąk. Mają tylko zapamiętać numer swojej szafki. Potem przebieranie, prosimy, żeby swoje rzeczy włożyli do plecaków, toreb, co tam mają, a dopiero to wrzucali do szafek. Zamykamy szafki, jakimś cudem tylko 11, co oznacza, że ktoś dołożył się jako trzeci do czyjejś szafki. Ale co tam, będziemy się martwić przy wychodzeniu. Na razie otwieramy szafki z powrotem, bo co trzeci czegoś zapomniał, okularków, czepka itp. Przed wejściem na basen, wiadomo, sikanie. A potem wygląda na to, że jesteśmy gotowi, więc idziemy. Dziewczyny już są w komplecie. Trudno, co zrobić, jest ich ponad dwa razy mniej i ogarniały je 3 dorosłe kobiety, Aga i dwie świetliczanki. Nie usprawiedliwiam się, tak tylko mówię. I tak jesteśmy zadowoleni ze swojej roboty, bo jesteśmy 10 minut przed czasem. Potem ratownicy przejmują kontrolę nad ferajną. A my z Marcinem ustalamy strategię na wyjście. Czujemy się w tym momencie już trochę jak zgrany duet, coś jak policjanci z Miami albo Tango i Cash. W drugą stronę będzie gorzej, trzeba będzie się przebrać, ale też powycierać i niczego nie zapomnieć. Gdybyśmy mieli tablicę, to byśmy to sobie rozrysowali, ale nie mamy, więc musimy polegać na naszych ustaleniach słownych. Dzieciaki przez 30 minut przechodzą testy z umiejętności pływania, kto ile umie, a ostatnie 15 minut mają na zabawę w małym basenie. Wszystkie wyglądają na szczęśliwe i to jest naprawdę miły widok. To jest pewnie to, co muszą widzieć ci wszyscy ludzie, którzy zajmują się naszymi dziećmi na co dzień w tak trudnych warunkach, co trzyma ich przy pracy. Miły nastrój przerywa gwizdek ratownika, koniec zajęć, wracamy. Strategia, jaką przyjęliśmy, polegała na tym, że ja zatrzymuję wszystkich pod prysznicami, wybieram dwie pary, czyli czterech chłopców, daję im paski i wysyłam ich do Marcina, który pomaga im w szatni. Tak zrobiliśmy. Poszło pierwszych czterech, a pozostałych dwudziestu niemal od razu rozpoczęło bieganie po sali prysznicowej połączone z wojną na czepki. Czyli po prostu naparzanie się czepkami, pustymi lub z wodą. Część próbowała przedostać się podstępnie do szatni, więc musiałem blokować z tej strony przejście. Część wracała na basen, więc musiałem lecieć za nimi i zawracać, tam już była kolejna tura dzieciaków z innej szkoły. Od razu zorientowałem się, że w pierwszej kolejności muszę wyławiać największych kozaków i ich wysyłać do szatni, stopniowo ich ubywało, ale wojna na czepki trwała niemal do końca. Cały czas porozumiewaliśmy się z Marcinem okrzykami: "Przyślij kolejnych dwóch" albo "Wysyłam ci numerek 107, ale to może być 108, bo nie są pewni" itd. W końcu jakoś dojechaliśmy do końca, a bilans znakomity, wszyscy żywi, żadnych rannych, zostały tylko dwie rzeczy, jeden ręcznik i jedne kąpielówki, właścicieli których znaleźliśmy już w autokarze. Wróciliśmy do szkoły, a z Marcinem pożegnałem się tak jakbyśmy co najmniej razem służyli w Afganistanie, wiecie, więź na całe życie. Niestety, dziewczyny w drugą stronę również wygrały.”

Fotografię i tekst pożyczyłem z profilu fb Piotra Jagodzińskiego.








sobota, 24 października 2020

Żłobek - ważny temat

Jest rok 1999. Żary. Przystanek Woodstock. Iga patrzy na falującą przed estradą publiczność. Świat się przed nią otwiera. Nie tylko dlatego, że śpiewa razem z Jackiem Kleyffem w kultowej Orkiestrze Na Zdrowie. Od ponad roku ma szkołę, którą lubi i do której chętnie chodzi. W podstawówce była ambitną uczennicą. Dostała się do XI LO im. Mikołaja Reja. Nauka w „Reju” nie poszła tak, jak sobie to wyobrażała. Poddano ją silnej presji. Ze strachu nie była w stanie jeść. Zdarzało jej się zemdleć przed lekcją łaciny albo matematyki. Szkoła chętnie się jej pozbyła. Została edukacyjnym wyrzutkiem. I jako wyrzutek trafiła do SOS-u. Tu okazało się, że wychowawcy i nauczyciele chcą z nią rozmawiać, że jej opinie są dla nich ważne. Tu spotkała inspirującą polonistkę, Grażynę Bochenek. Tym razem uczyła się już dla siebie. Oczekiwania otoczenia przestały być aż tak istotne. Odżyła. Nabrała wiary w siebie. Czuje teraz, że szkoła to ważny temat i że ten temat może być treścią jej życia.

Przenieśmy się do roku 2020. Iga Kazimierczyk jest nauczycielką z tytułem doktora nauk pedagogicznych. Pracę doktorską poświęciła szkolnej nudzie. Zwróciła w niej uwagę na ciekawe zjawisko: wszyscy w szkole się nudzą, ale nikt nie chce do tego się przyznać.

- Doświadczenie nudy staje się szczególnie emocjonalnie i fizycznie trudne przez to, że nauczyciel ciągle gada. Dzieciaki nie mogą złapać własnych myśli. To się pojawiało w każdym wywiadzie: nauczyciel bez przerwy do nas mówi, pani ciągle nadaje, ciągle pisze. I oczywiście metody przekazywania wiedzy polegające na tym, że uczniom podaje się informacje, są w pewnym momencie nieskuteczne, bo tracimy koncentrację, ale to, że wciąż słychać czyjś głos i nic nie możemy z tym zrobić, nawet przez sekundę w ciszy pomyśleć - jest przytłaczające. (…)

- mówiła w wywiadzie udzielonym Katarzynie Przyborskiej z „Krytyki Politycznej.


- Kiedy pytałam uczniów: jaka lekcja byłaby dla nich interesująca, czego by chcieli - oni opowiadali o bardzo konkretnych sytuacjach, kiedy mogą pracować nad jakimś tematem swobodnie. Podkreślali, że chcą pracować, zaangażować się, ale chcą móc o tym np. pogadać z kolegą czy koleżanką. Wcale nie oczekują, żeby nauczycielki nie było w ogóle. Chcieliby za to, żeby usiadła i zwyczajnie porozmawiała z nimi, wytłumaczyła prostym językiem, o co w tych zagadnieniach chodzi, żeby im po prostu pomogła.

-wyjaśniała dziennikarce.

Uczestniczyła w tworzeniu koncepcji warszawskiego Muzeum Historii Żydów Polskich Polin. Ma też za sobą pracę w Kolegium Nauczycielskim i w Centrum Edukacji Obywatelskiej. Dyrektorowała w Zespole Szkół Laudera-Morasha. Prowadzi zajęcia dla studentów w Wydziale Pedagogicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Ukończyła kurs trenerów organizacji pozarządowych. Specjalizuje się w szkoleniach z metody projektu, oceniania kształtującego i współpracy z rodzicami. Koordynuje cały szereg projektów edukacyjnych. Udostępnia materiały, pisze poradniki i scenariusze zajęć dla nauczycieli.

Jest prezeską powstałej w roku 2015 Fundacji „Przestrzeń dla edukacji”. Działalność fundacji opiera się na  założeniu, że edukacja to wspólne dobro uczniów, nauczycieli, rodziców, pracowników oświaty, ekspertów, specjalistów i nauczycieli akademickich. Fundacja wychodzi z mocnym przekazem na rzecz jak najszerszego włączenia każdej z tych grup w działania prowadzące do poprawy jakości polskiej szkoły. „Przestrzeń dla edukacji” zajmuje się też monitorowaniem zmian w oświacie pod kątem włączania w nie wszystkich zainteresowanych tą dziedziną życia. Organizuje seminaria, konferencje, warsztaty i cykle szkoleniowe, upowszechniające problematykę oświatową.

Wspomniany monitoring przyniósł Idze wiedzę o kondycji polskiej szkoły. W trakcie wdrażania reformy oświatowej z 2017 roku, patrząc na nią niezwykle krytycznie, zaangażowała się z w medialną debatę na jej temat. Działała z ogromną energią. Niemal codziennie pojawiała się w telewizji, klasycznej lub internetowej. Z czasem stała się głosem środowisk niechętnych reformie. Zaangażowanie w  tę dyskusję, pociągnęło za sobą jeszcze jedną aktywność: przyłączenie się do ruchu „Obywatele dla edukacji”.

Popularność, jaką zyskała, miała dla Igi też swoją cenę. Po pierwsze: z racji wyrazistych poglądów przysporzyła sobie wrogów. Po drugie: wchodząc w rolę ekspertki, musiała - chcąc nie chcąc - wypowiadać się w wielu kwestiach, stając się „dyżurną” ekspertką.

Całe szczęście (zwłaszcza dla dzieciaków), że działalność społeczna nie przeszkadza jej w codziennej praktyce pedagogicznej. Najchętniej zajmuje się edukacją żłobkową (to chyba nowe pojęcie?), przedszkolną i wczesnoszkolną. Wraz z gronem zaprzyjaźnionych osób powołała do życia dwie kameralne placówki opiekuńczo-wychowawcze: punkt dziennego opiekuna „Drejdel” (we współpracy z warszawską żydowską gminą wyznaniową) oraz żłobek „Piccoli ricci”.

U podstawy obu przedsięwzięć leży założenie, że wartościowa edukacja powinna mieć dobry początek już na etapie opieki nad małym dzieckiem. Wszystko zaczyna się w żłobku. Od dobrze zaplanowanej i prowadzonej edukacji na tym wczesnym etapie, zależy późniejszy sukces uczniów, mierzony nie ocenami, ale ich zadowoleniem z siebie i ze szkoły.

Tak sama pisze o swojej pracy w „Drejdlu”:

Jestem osobą, która stara się, aby „Drejdel” nieprzerwanie się kręcił, odpowiadam za sprawy formalne i finansowe. Jestem także drejdlowym pedagogiem, prowadzę konsultacje z rodzicami, obserwację dzieci, planuję indywidualnie adaptacje maluchów. Lubię pracę z ludźmi ale szczególnie z tymi najmniejszymi, bo nic nie cieszy tak, jak obserwacja i pomaganie w procesie rozwoju drugiego człowieka.

W „Piccoli ricci” realizuje bardzo podobne zadania.

 W jej pedagogicznej filozofii kluczowym procesem jest adaptacja. Jako pedagog, stara się nawiązać kontakt z dzieckiem, zachować wobec niego cierpliwość i obdarzyć je zaufaniem, pozwolić się mu „wygadać”. Rozłąka dziecka z rodzicami (uczestniczą w procesie adaptacji) przychodzi w momencie, gdy czuje się już ono bezpieczne. I to jest autentyczna adaptacja.

Pozostaje mieć nadzieję, że Iga spisze kiedyś swoją filozofię, że wykształci następców. Bo żłobek, w którym dzieci będą się czuły bezpieczne, będzie już innym żłobkiem. Bo szkoła, w której dzieci będą się czuły bezpieczne, będzie już inną szkołą. O niebo lepszą.


Fotografie zaczerpnąłem z zasobów Internetu.


sobota, 3 października 2020

Na kłopoty: Ela Jurga

Jest człowiekiem wiary. Paradoksalnie, chętnie i biegle posługuje się intelektem. Ma mocny kręgosłup ideowy i moralny. Jest sprawiedliwa. Nie sposób zepchnąć jej z drogi, którą sobie upatrzyła i którą idzie. Nieco jowialna. Zawsze otwarta na drugiego człowieka. Skąd się taka wzięła? Odpowiedzi na to pytanie próbuję szukać w jej biografii.  

Urodziła się w Katowicach. Tu się uczyła. Tu zdobyła świadectwo maturalne. Mówi o sobie: „jestem śląska dziouszka”. Studia ukończyła w Warszawie, w roku 1970. Nie byle jakie studia: Wydział Fizyczny Uniwersytetu Warszawskiego. Wróciła na Śląsk. Działała na rzecz młodzieży związanej ze wspólnotą ekumeniczną w Taizé. Organizowała pobyty młodych w Polsce. Wyjeżdżała do Francji. To chyba wtedy nauczyła się biegle posługiwać językiem francuskim? Zrozumiała też lepiej, na czym polega powszechność Kościoła. Katechizowała, również pod „ruską granicą”, w bardzo trudnych warunkach bytowych. No i nadszedł kolejny zwrot: wyjazd do Warszawy. Trafiła do SOS-u. Uczyła fizyki, potem także religii. I w jednym, i w drugim przypadku była to praca u podstaw. Nie zanudzała teorią. Aktywizowała uczniów. Zawsze gotowa do dyskusji, czy to na temat początku Wszechświata, czy to na temat elektrowni atomowych. Dużo wymagała, ale była też skuteczna. Młodzi sami układali zadania na sprawdziany. Stawiała im dużo dobrych ocen. Jako katechetka postawiła na dialog. Sprawdziło się.

Po jakimś czasie zmieniła pracę. Zatrudniła się w XIX LO im. Powstańców Warszawy. Jak się jednak okazało, nie był to koniec jej przygody z SOS-em. Wróciła tu w roli dyrektora. Stało się to w roku 1994, w sytuacji dla Ośrodka bardzo trudnej. Od dwóch lat spora część kadry zajęta była raczej wewnętrznym konfliktem niż problemami młodzieży. Trzeba było ostudzić emocje i ustalić nowe priorytety. Ela, która już zdążyła zadomowić się u „Powstańców”, zaryzykowała i podjęła się tej misji. Natychmiast, z właściwą sobie werwą, przystąpiła do działania. A czasy szły nowe i trudne. W roku 1995 Kuratorium Oświaty przekształciło Szkolny Ośrodek Socjoterapii w Młodzieżowy Ośrodek Socjoterapii nr 1 „SOS”. Żelazna obręcz przepisów położyła kres twórczym poszukiwaniom. Skończył się pedagogiczny eksperyment. Pojawiły się za to pretensje do nowej dyrekcji, tak jakby ona była temu winna. Sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej, kiedy okazało się, że kuria warszawsko-praska odzyskała prawa do budynku, w którym działał do tej pory SOS. Mimo otwartości strony kościelnej, Kuratorium nie było zainteresowane rozmowami. Dalsze istnienie Ośrodka stanęło pod znakiem zapytania. Trzeba tu dodać, że mieszcząca się przy ulicy Grochowskiej 194/196 kamienica, zwana „albertyńską”, była dla sosersów miejscem kultowym.  


Budynek przy Grochowskiej: Ela Jurga w otoczeniu sosersów.

Ela nie załamała rąk. Nagłaśniała, jak mogła, problemy SOS-u w prasie i w radio. Okazało się zresztą, że wypada w mediach rewelacyjnie. Wizytowała jakieś dziwne lokale, oceniając je pod kątem przydatności dla SOS-u. Naciskała na urzędników. Jednak żadna z warszawskich gmin nie była zainteresowana współpracą. Pewne nadzieje robiły nam Łomianki, ale nie był to punkt dogodny dla dojeżdżających z różnych stron Warszawy uczniów. Pojawiła się inna możliwość. W połowie lat 90. likwidowano w Warszawie działające przy zespołach szkół bursy. I tak uwaga Eli skupiła się na budynku bursy zespołu szkół budowalnych przy ulicy Rzymowskiego.

Dwie pierwsze lokalizacje Ośrodka przyzwyczaiły jego pracowników i podopiecznych do obcowania z architekturą przez duże A. Zarówno willa „Granzówka” przy ulicy Chełmżyńskiej, wybudowana swego czasu według pomysłu Kazimierza Granzowa, jak i kamienica przy ulicy Grochowskiej, zaprojektowana przez samego Stefana Szyllera, były wprawdzie mocno zniszczone, zachowały jednak liczne ślady urody, którą tchnęli w nie projektanci i budowniczowie. Budynek przy Rzymowskiego reprezentował zupełnie inną jakość. Pomyślany jako standardowa budowla, wskutek nieudolnego wykonania stał się smutnym wybrykiem turpizmu. Dodatkowo, w czasie burzliwych przemian z przełomu lat 80. i 90. uległ kompletnej degradacji. Z jego elewacji schodziła całymi płatami paskudna farba, ni to szara, ni to brunatna. Wąskie i ciemne korytarze straszyły ułożonymi nierówno na podłodze płytkami PCV. Część pomieszczeń była kompletnie zdewastowana. W dzisiejszym pokoju nauczycielskim - wykorzystując brak szyb w oknach - zagnieździły się gołębie. Na trzecim, najwyższym, piętrze budynku, funkcjonowała właściwa bursa szkolna. Wieczorami i w nocy dochodziły stamtąd śpiewy i krzyki, przypominające całkiem nie-oświatowe libacje. Podczas weekendów i ferii budynkiem rządziły rosyjskie wycieczki. Na jednym z pięter działała wcześniej prywatna szkoła podstawowa. Aby uniknąć kolizji, nieuniknionych w wąskich korytarzach i niebezpiecznych dla dzieci, nauczyciele wymalowali na posadzce cały ciąg komunikacyjny ze skrzyżowaniami i znakami drogowym, co miało dodatkowy walor edukacyjny. Obowiązywał oczywiście ruch prawostronny. Było to nawet sympatyczne, ale pogłębiało groteskowość całej sytuacji…

Pewnego chłodnego, jesiennego dnia 1996 roku pojawiliśmy się na Rzymowskiego po raz pierwszy. Przypominaliśmy jakichś repatriantów. Kilkoma ciężarówkami dowieźliśmy tu swój dobytek. Składały się nań: kilkadziesiąt zdezelowanych stolików-ławek, nieco więcej krzeseł, kilkanaście starych szaf, niewiele więcej regałów, kilka wersalek (sic!) i wątpliwej jakości sprzęt komputerowy. Znalazły się też meble o nieco wyższej jakości: kilka stylowych foteli i krzeseł, solidny, owalny stół (po kilku latach upomni się o niego właścicielka). Udało się też przewieźć do nowej siedziby potwornie ciężkie dębowe stoły i ławy, stanowiące swego czasu ozdobę szkolnego klubu w budynku przy Grochowskiej. Dodajmy do tego pamiątkowe zielone drzwi z malowidłem Lenina z irokezem na głowie i podrdzewiałą, czerwoną tablicę z nieaktualną już nazwą „Szkolny Ośrodek Socjoterapii”.


Wnętrze budynku przy Rzymowskiego: początki.

Reakcje nowego otoczenia trudno nazwać przyjaznymi. W czasie jednego ze spotkań roboczych dyrektor mieszczącego się na tym samym terenie zespołu szkół zawodowych, poinformował Elę, że został zobowiązany przez swoją radę pedagogiczną do wybudowania ogrodzenia o trzymetrowej wysokości, które oddzieliłoby od siebie obie placówki. Narkomani z SOS-u mogliby przecież zagrozić niewinnej i ściśle przestrzegającej savoir vivre’u młodzieży budowlanej!

To, że udało się nowy budynek oswoić i stopniowo zaadaptować do naszych potrzeb, było wielką zasługą dyrekcji. Wykonała w tej kwestii tytaniczną pracę. 

Budynek przy Rzymowskiego - dziesięć lat po jego przejęciu.

Sytuacja SOS-u stawała się coraz bardziej stabilna… Ela jest niespokojnym duchem. Był rok 1998. Rozwijała się koncepcja oświatowej reformy, a ona chciała mieć w niej swój udział. Otrzymała propozycję objęcia departamentu w Ministerstwie Edukacji Narodowej. Nie wahała się ani chwili. Zostawiła jednak Ośrodek w dobrych rękach Grażyny Makowskiej, która była zresztą jej „odkryciem”. Nie działała w ministerstwie zbyt długo. Nie miała w sobie niezbędnej w tego typu pracy giętkości. Również w tej roli pozostała sobą, co nie zostało dobrze przyjęte. Znów zmieniła pracę. Przez lata pilotowała unijne projekty młodzieżowej wymiany międzynarodowej. Trochę jeszcze uczyła. Tym razem w społecznej Siedemnastce. Zachowała wielką życzliwość dla SOS-u i jego ludzi. I ja jestem tej życzliwości beneficjentem. Ale nie dlatego piszę o Eli Jurdze. Mam nadzieję, że wiecie dlaczego.

Wykorzystane w tym poście fotografie pochodzą z profilów fb Agnieszki Chmielewskiej, Jacka Wajszczaka oraz z innych zasobów Internetu.